„Chce się żyć” – tego filmu nie powinno być

Źródło:

Źródło: materiały dystrybutora

„Chce się żyć” to świetny film. Wprawdzie niektórzy się czepiają, że w pewnym momencie siada całe napięcie, ale ja akurat na to nie narzekam. Może dlatego, że prawie cały film oglądałam przez łzy (A co tam! I tak, całe kino słyszało jak trąbiłam w chusteczkę). Denerwuje mnie za to co innego. Zresztą najwyraźniej nie tylko mnie. Nawet znany twardziel i koneser kebabów, Igor od Morświna, odebrał film jako nie do końca optymistyczny. Mnie po obejrzeniu „Chce się żyć” chciało się wyć. Owszem, w filmie powiało optymizmem. Jednak wietrzyk był ultradelikatny. Nie miał szans na rozwianie ciężkiego smogu beznadziei.

Jak to beznadziei? przecież życie głównego bohatera w końcu się poprawiło! – powie każdy, kto przeczytał jedną z tysiąca recenzji, które przekonują, że to film krzepiący i sprawiający, że chce się żyć. Nie kwestionuję znaczenia zmiany, która nastąpiła w życiu niepełnosprawnego chłopaka. Była kolosalna i pozytywna. Problem w tym, jak wyglądało życie bohatera przed zmianą oraz, o czym przypomina film, jak wygląda życie niepełnosprawnych w Polsce. Zwłaszcza tych, którzy pochodzą z rodzin, które nie chcą lub nie mogą załatwić im pomocy poza państwowym systemem.

Dlaczego rodzice, którzy rezygnują z pracy, żeby opiekować się niepełnosprawnym dzieckiem dostają od państwa tylko jałmużnę (trudno inaczej określić groszowe, zwłaszcza w porównaniu do potrzeb, zasiłki). Dlaczego ci, którzy jak mama bohatera filmu „Chce się żyć”, mimo wszystko chcą lub raczej muszą pracować, nie mogą liczyć na znaczącą pomoc w opiece nad dzieckiem? Państwo i społeczeństwo nie zyska na tym, że rodzice pracujący ponad siły, nie mając szans na chwilę fizycznego i psychicznego wytchnienia w końcu sami w wieku 40-50 lat stracą siły i trafią do szpitala. Zwłaszcza, że niepełnosprawne dziecko ląduje wtedy w państwowej placówce, której utrzymanie kosztuje krocie. Dlaczego wreszcie, bez świadomości i determinacji rodziny oraz samego pacjenta, tak trudno dostać rzetelną diagnozę i odpowiednią pomoc?!

Nie wiem, w jaki sposób krzepiące miałoby być to, że wprawdzie niepełnosprawni i ich bliscy mają źle (nieporównywalnie gorzej niż przeciętni ludzie), jednak czasem przy połączeniu zdolności, wytrwałości, poświęcenia, przypadku i szczęścia, po dwudziestu kilku latach mogą liczyć na poprawę swojej sytuacji. Przy czym nawet po wielkiej zmianie żyje im się znacznie trudniej niż pełnosprawnym. Przecież to tak naprawdę wynika z filmu „Chce się żyć”, mimo że znalazło się w nim sporo scen ciepłych, zabawnych czy nawet radosnych.

To piękne, że życie bohatera filmu tak bardzo się poprawiło. Tylko, że tak naprawdę wcale nie powinno do tego dojść! Gdyby lekarka orzekająca o stopniu niepełnosprawności chłopca poświęciła mu więcej czasu, gdyby przesiewowo badano możliwość komunikacji z niepełnosprawnymi (przecież są tysiące metod) i gdyby rodzice dostali minimalną pomoc od państwa, sytuacja tego mężczyzny nie musiałaby się zmieniać, bo od początku byłaby dobra. Wtedy naprawdę chciałoby się żyć. Chociaż nie dałoby się pewnie zrobić tak dobrego, wręcz oskarowego filmu.

Advertisements