Przedwojenny Żoliborz – raj czy piekło?

Żoliborz przedwojenny książka

Źródło: Wydawnictwo RM

Dzielnica Warszawy, której nazwa pochodzi od francuskiego Joli Bord (piękny brzeg) ma znakomitą opinię. Wielu marzy, żeby tam zamieszkać a ci, którzy mają to szczęście nie kryją dumy. Nie zawsze tak było. Okazuje się, że w czasie, kiedy Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa budowała swoje nowoczesne domy (dziś zostałyby pewnie nazwane apartamentowcami), tuż obok w koszmarnych warunkach (znacznie gorszych niż w innych dzielnicach) wegetowała biedota. To jak to jest (było) z tym Żoliborzem? Przeczytajcie, co dla Was wyszperałam.

Wszystkie ciekawostki, którymi dzielę się z Wami, pochodzą z książki Tomasza Pawłowskiego „Przedwojenny Żoliborz. Nieznane fotografie”. Dlaczego akurat z niej? Bo jest najlepsza? Bo właśnie została wydana? Nie chcę Was rozczarować, ale prawda jest niestety brutalna. Nie miałam akurat nic do czytania, a do tego spieszyłam się niemożebnie, więc podczas błyskawicznej wizyty w bibliotece „złapałam” to, co ze względu na format najbardziej się wyróżniało na półce z „nowościami”. Na szczęście dobrze trafiłam. Mam nadzieję, że i Wy nie będziecie żałować lektury.

No dobrze, ad rem.

Zacznę od tego, co najbardziej bulwersuje, czyli baraków dla bezdomnych i biednych. Zastanawiacie się o co mi chodzi? Tak, wiem, że dwudziestolecie międzywojenne to nie tylko dansingi i „Francja elegancja”. Czytałam, że robotnicy nie rzucali się na projektowane specjalnie dla nich nowoczesne mieszkanka, bo szczytem ich marzeń było często znalezienie skrawka miejsca na łóżko (a właściwie siennik) dla kolejnego sublokatora, żeby zdobyć środki na ogrzanie ich jedynej izby mieszkalnej, czy wsad do kotła dla gromadki dzieci. No, ale żeby na inteligenckim Żoliborzu ludzie zamarzali, albo mokli w płóciennych namiotach, wydrążonych w ziemi lepiankach i drewnianych barakach? Tego się nie spodziewałam. Podobno ci bardziej obrotni robili wszystko, żeby przenieść się do noclegowni na Kercelaku, czyli na terenie biednej robotniczej Woli.

Dla kontrastu, w tym samym czasie pasażerowie czekali na tramwaj nie pod lichą wiatą albo pod gołym niebem jak dziś, ale w eleganckich przeszklonych poczekalniach. W książce możecie zobaczyć, jak gustowny i wygodny był pawilon poczekalni na placu Wilsona. Szkoda, że przetrwał tylko do końca Powstania.

Przeczytacie też, że np. drzwi wejściowe na klatki schodowe w domu Spółdzielni Skarbowców zabezpieczono zamkami elektrycznymi otwieranymi z mieszkań (domofony?), a na dachu bloku II kolonii WSM znajdowały się „piaskownica, prysznice z zimną wodą, ławeczki, zasłony od deszczu i słońca oraz dwa trzepaki”.

Spółdzielnie, zwłaszcza WSM, dbały o swoich mieszkańców. Podwórka nowych domów były obsadzane drzewkami i krzewami z własnego ogrodu gospodarczego spółdzielni. Zimą członkowie WSM mogli taniej niż inni korzystać z wielkiego lodowiska. Nic dziwnego, że na Żoliborzu hucznie obchodzono Międzynarodowy Dzień Spółdzielczości (to ruchome święto wypadało w czerwcu lub lipcu).

Na Żoliborzu budowały jednak nie tylko spółdzielnie (było ich ponad 30, ale nie wszystkim udało się postawić budynki). Wyobraźcie sobie, że przed wojną wielkim inwestorem był ZUS. Na potęgę stawiał domy i domki (o rożnym standardzie, od prostych czynszówek z jednoizbowymi mieszkankami do willi i bliźniaków z przestronnymi apartamentami). I to nie dla swoich pracowników, tylko na wynajem, żeby na tym zarabiać. Mało tego, podobno ZUS inwestował nadwyżki finansowe. Ciekawe, co?

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, zachęcam do lektury albumu wydawnictwa RM. Ciekawie zapowiada się też wystawa otwierana jutro  w Muzeum Historycznym m.st. Warszawy. Z tego co przeczytałam wynika, że i tam będzie można znaleźć wiele informacji o życiu w przedwojennej Warszawie. Na pewno się na nią wybiorę i napiszę czy warto. Relację znajdziecie na blogu lub na https://www.facebook.com/wygodniej.blog.lifestylowy

Reklamy