Kariera czy przyjemność?

pianino

Czyli po co nam szkoły muzyczne i co z nimi zrobić.

Chcielibyście, żeby Wasze dzieci pokochały muzykę? A może już ją kochają? Ciągle tańczą i śpiewają? Widzicie w nich talent i myślicie, że byłoby miło, gdyby za rok czy dwa zaczęły umilać Wam zimowe wieczory grając na pianinie, a za kilka lat załatwiać wejściówki na swoje koncerty w najsłynniejszych filharmoniach świata?

Wiecie co zrobić, żeby to marzenie stało się rzeczywistością? No jasne, lecicie do najbliższej szkoły muzycznej i zapisujecie dziecko na egzaminy. Najważniejsze, żeby się dostało. Reszta na razie się nie liczy. A powinna?

Odpowiem na przykładzie:

Kiedy chodziłam do przedszkola uwielbiałam rytmikę. Śpiewałam nie tylko w przedszkolu, ale również w tramwajach, samochodzie, na podwórku i sznurkowo-drewnianej huśtawce, którą rodzice wieszali dla mnie między przedpokojem a jedynym pokojem naszego mikroskopijnego mieszkanka.

Bardziej niż o prawdziwej lalce Barbie marzyłam wtedy o syntezatorze. Marzyłam z miłości do muzyki i, chyba równie mocno, z tęsknoty do lepszego (czyt. bogatszego) świata. Syntezator był dla mnie jednym z jego wyznaczników, bo miały go dzieci z zamożnej rodziny, którymi opiekowała się wtedy moja mama.

Problem w tym, że moich rodziców nie było stać ani na syntezator, ani na lekcje muzyki, ani na opiekunkę, która mogłaby mnie na nie odprowadzać. Poza tym tata pracował w systemie zmianowym a mama nie tylko pracowała, ale jeszcze wybierała się właśnie na studia. Więc nawet bezpłatna państwowa szkoła muzyczna była w zasadzie poza zasięgiem.

Dla świętego spokoju rodzice zapisali mnie jednak w końcu na egzaminy do szkoły muzycznej (byłam trochę rozczarowana, że nie można się tam uczyć gry na syntezatorze, tylko na pianinie, ale stwierdziłam, że lepszy rydz niż nic).

Egzaminy wstępne pamiętam dokładnie. Co za emocje! Tylko moja mama podeszła do tego ze spokojem (choć podobno trochę się obawiała co będzie, jak mnie przyjmą). Byłyśmy wyjątkami na korytarzu – w większości to mamy bardzo się przejmowały, trzymały kciuki i próbowały przygotować swoje obojętne albo nawet niechętne pociechy.

Sam egzamin mnie trochę zestresował, a trochę rozśmieszył – udzielił mi się nastrój komisji, chociaż nie do końca mogłam zrozumieć dlaczego śmieją się z tego, że chcę chodzić do szkoły muzycznej bo nie mam szans na syntezator, ani nawet na Gawędę (do tego zespołu chciałam należeć, bo podobały mi się ich piosenki i kolorowe frotki, które nosiły występujące dziewczynki), a szkoła jest blisko i za darmo.

Dziwili się, że nie wiem, że dźwięki nie są cienkie i grube tylko wysokie i niskie (mamusia cię nie przygotowała!?) itp. Ubawił ich mój repertuar (przedszkolno-praski) a jeszcze bardziej moja reakcja na ich decyzję, że powinnam uczyć się grać na skrzypcach (bo co z tego, że inni o tym marzą, kiedy to pianino bardziej przypomina syntezator!).

Kiedy wyszłam na korytarz z karteczką, na której było napisane nazwisko nauczyciela przedmiotu (znak, że przechodzi się dalej) uderzył mnie koktajl emocji. Zazdrość (Ach, do profesor Wilczyńskiej, ale pani ma szczęście! – to do mojej mamy), radość (moja mama się jednak trochę ucieszyła) i obawa (bo jak to pogodzić z jej studiami itd.).

Ostatecznie do szkoły muzycznej poszłam 4 lata później, kiedy moja mama skończyła studia. Do tego momentu miałam pretensje do rodziców, że przez nich tracę szansę na karierę, nie robię tego co lubię i o czym marzę, do czego jestem stworzona (na egzaminie profesor zachwycała się m.in. moją budową, podobno idealną do skrzypiec). I co?

Co ze mną zrobiła szkoła muzyczna

I – jak się domyślacie na podstawie moich wcześniejszych postów – nie zostałam wirtuozem. Skończyłam szkołę muzyczną I stopnia w trybie młodzieżowym, w 3 lata. Dotrwałam do dyplomu tylko dlatego, że już wtedy byłam zawzięta i szkoda mi było czasu, który w to zainwestowałam. Nie chciałam też zawieść dziadków, którzy wykosztowali się na gitarę dla mnie i lubili słuchać jak gram. Od odebrania świadectwa ukończenia szkoły muzycznej, nie grałam ani razu. Straciłam do tego serce.

Dlaczego? Wyobrażacie sobie pewnie, że uczyli mnie tyrani, a rodzice gonili do wielogodzinnych ćwiczeń? Nic z tych rzeczy. Nauczyciele byli sympatyczni, a rodzice zawsze podkreślali, że to moje życie i że powinnam robić to, co uznaję za słuszne. Po prostu w szkole muzycznej muzyka przestała być dla mnie przyjemnością. Stała się żmudną pracą. Nauczyciele rozumieli, że nie zależy mi, żeby grac perfekcyjnie. Że wolałabym sięgać ciągle po nowe utwory, zamiast ćwiczyć w kółko to samo. Musieli jednak realizować program i przygotowywać mnie do semestralnych egzaminów. Pani od kształcenia słuchu wiedziała, że nudzi nas solfeż. Musiała nas jednak z niego rozliczać.

Nie wiem, jak się potoczyły losy mojej klasy. Wiem, że jedna osoba (było nas chyba 6) myślała o zdawaniu do szkoły muzycznej II stopnia, jedna wystraszyła się egzaminów dyplomowych i zniknęła tuż przed nimi, a pozostałe marzyły wtedy tylko o tym, żeby jak najszybciej mieć to wszystko za sobą. Czekaliśmy na wolność – bez muzyki albo z muzyką daleką od doskonałości, ale pełną radości. Nie wiem, może byliśmy wyjątkowo słabym rocznikiem (nasza klasa miała opinię leni). Wiem jedno – nasz system kształcenia muzycznego jest naprawdę ekskluzywny. Nie tylko dlatego, że do szkół muzycznych przyjmowane są dzieci o najlepszym słuchu, ale dlatego, że jest nastawiony na kształcenie wirtuozów, ludzi dla których liczy się praktycznie tylko muzyka. A co z resztą?

Wszystko dla przyszłych wirtuozów? Co dla innych dzieci?

Dla pozostałych są rytmika w przedszkolu (niestety w tym przypadku trzeba chyba użyć czasu przeszłego), lekcje muzyki w szkole (u mnie w klasach 1-3 był magnetofon, a od czwartej rozstrojone pianino i hałasowanie – bo grą bym tego nie nazwała – na fletach prostych; podręczników praktycznie w ogóle nie używaliśmy, większość nawet ich nie kupowała). Ewentualnie chóry szkolne i kościelne. To akurat bywa fajne – sama uwielbiałam chór szkolny – pani nie wytykała błędów, śpiewaliśmy różne piosenki, nie było przerywania, jak w szkole muzycznej, gdzie czasem przez godzinę ćwiczyliśmy kilka taktów, żeby wychodziły perfekcyjnie. Tak czy inaczej, to wszystko za mało, żeby wykształcić minimalną kulturę muzyczną u większości i rozwijać zdolności tych, którzy tego potrzebują, a nie pasują do szkół muzycznych.

Przechodzimy do sedna, czyli projekt państwowych szkół artystycznych

Dlaczego w ogóle o tym piszę? I dlaczego akurat teraz? Niedawno miałam przyjemność gościć w domu muzyków. Gospodarz jest dyrektorem szkoły muzycznej na Mazowszu, gospodyni – nauczycielką muzyki. Podczas wspaniałego weekendu spędzonego w ich domu przypomniałam sobie, jak bardzo kocham dźwięk pianina (na żywo) i śpiew. Przede wszystkim jednak usłyszałam o projekcie, który jest moim zdaniem strzałem w dziesiątkę. Nasz gospodarz na podstawie swoich doświadczeń w szkolnictwie muzycznym doszedł do
wniosku, że tym, czego potrzebujemy są szkoły artystyczne. Opracował projekt, przedstawił go w ministerstwie, próbował przekonać do wdrożenia pilotażu. Na razie bez skutku.

Jak by to miało wyglądać? Dzieci uczyłyby się w takich szkołach i muzyki, i plastyki. Program nie byłby sztywny ani nastawiony na osiągnięcie perfekcji w jednej dziedzinie. Celem szkoły byłoby rozwijanie zdolności artystycznych i kształcenie świadomych odbiorców kultury (a nie tylko jej twórców, jak w tradycyjnych szkołach muzycznych). Oczywiście, jeśli dziecko będzie chciało poświęcić się jakiejś dziedzinie nauczyciele będą je wspierać. Droga nie będzie jednak zamknięta. Czyli jeśli ktoś po dwóch latach gry na pianinie zniechęci się do tego i postanowi zostać np. grafikiem, po prostu zmodyfikuje profil zajęć w tej samej szkole. Będzie mógł to robić stopniowo, nie rezygnując całkowicie z muzyki i unikając stresu związanego z odejściem ze środowiska.

Zyski z edukacji artystycznej

Uważam, że projekt jest bombowy. Bo czy nie tego właśnie potrzebujemy? Oczywiście, świetnie że wybitnie uzdolnione i zdeterminowane osoby mogą przygotowywać się do roli artystów, jak jest dziś. Dla znakomitej większości ważniejsze jest jednak zdobycie podstawowych (choć nie aż tak, jak to ma miejsce w większości szkół ogólnokształcących) wiadomości i umiejętności artystycznych. Bo do czego potrzebna jest sztuka przeciętnemu człowiekowi? Ja np. uwielbiam patrzeć na piękne rzeczy, słuchać dobrej muzyki – to jedne z moich ulubionych przyjemności. To, czego nauczyłam się na zajęciach plastycznych, przydaje mi się jednak głównie, kiedy urządzam wnętrza, w których przebywam, wybieram i pakuję prezenty, kupuję ubrania, czy formatuję dokumenty w pracy. Mało?

Tak, bo przecież edukacja artystyczna to inwestycja. Osoba z wykształconym poczuciem estetyki zaoszczędzi przy budowie domu – nie wyda kilku swoich pensji na gipsowe fontanny, kaczki, kolumienki i marmurkowe okleiny. Zrezygnuje z połowy wykuszy, balkoników i parapetowych durnostojek. Kiedy założy firmę, wybierze profesjonalną identyfikacje wizualną, która zapewni zaufanie klientów, a co za tym idzie – zysk. Nie zniechęci też do siebie potencjalnych partnerów (biznesowych i osobistych), kiedy nie będzie w stanie ukryć, że nudzi się na koncercie w filharmonii, na który została zaproszona. A jeśli nawet nie zrobi pieniędzy, będzie się mogła chociaż wyżyć artystycznie. Prawdopodobnie bez skutków ubocznych, bo sztuka w rozsądnych dawkach raczej nie szkodzi.

Co Wy na to?

Reklamy