Budyń na ścianie

ZIELONYaaa

Postanowiłam pomalować ściany na szaro. Okazało się, że to trudne. Bo nie ma takiego koloru farby, jak szary!  Jest „zimowy pejzaż”, „oblicze księżyca”, „szlachetny antracyt”, a nawet „Wallstreet” i „szklany wieżowiec”, ale szarego nie ma (przynajmniej w sklepie, do którego się wybrałam). Wprawdzie znajomy powiedział, że widział w jakimś katalogu „srebrzystą szarość”, i „kroplę szarości”, ale nie o to mi chodziło.

Zaczęłam się zastanawiać co wybrać. A może jednak inny kolor? Spodobał mi się pierwszy, na który spojrzałam, ale dziwnie bym się czuła ze świadomością, że moje ściany pokrywa „wysmakowany oliwin”. Snobistycznie jakoś. Moją uwagę przykuła „bursztynowa komnata”. To znaczy, sam odcień by kompletnie nie pasował do pokoju, ale nazwa kusiła. Też podniosła, to fakt, ale kto by nie chciał mieszkać w bursztynowej komnacie?

Od razu odrzuciłam „deser waniliowy”, „budyń czekoladowy” i „słodką gruszkę”. W takim wnętrzu ciężko byłoby przestrzegać diety. Może gdyby ta gruszka nie była słodka tylko cierpka, jakoś bym sobie poradziła, ale tak? Jeszcze gorsza byłaby „soczysta papaja” – nie dość, że cukier, to jeszcze wilgoć. A ta kojarzy mi się przecież z niedawnym zalaniem mieszkania, które wymusiło remont. Dlatego „zroszona trawa” również była nie do zaakceptowania. Co innego „ziarenko kawy” – jedno malutkie ziarenko jeszcze chyba nikomu nie zaszkodziło (poza królewną, a i tam chodziło o groch). Tylko że akurat brązowych ścian nie chciałam.

„Delikatny pergamin” mógłby nie wytrzymać najazdu Hunów, czyli mojej kochanej rodzinki z psem, dziećmi i nie wiadomo kim, i czym jeszcze. „Irish cream”, „gorąca sake” i „egzotyczne drinki” też mi nie pasowały. Nie jestem amatorką alkoholu, zresztą w pokoju bywają dzieci. To dyskwalifikowało też automatycznie „tajemniczą gejszę”, „królową nocy” i „romantyczny rejs”. Wprawdzie jesteśmy raczej bezpruderyjni, ale co by powiedzieli rodzice odwiedzających nas szkrabów? Pomyślałam, że lepiej unikać potencjalnych
konfliktów.

Sytuacja stawała się coraz poważniejsza. Pokój jest wielofunkcyjny – nocą to sypialnia, w dzień jadalnia, salon i gabinet. Miło byłoby spać otulonym „ciepłą kołderką”, „sennym marzeniem”, „czułym dotykiem” lub zawsze kiedy zapadnie zmrok mieć na wyciągnięcie ręki „kosmiczną noc”. Jednak już np. podczas imprez przydałyby się raczej „światła dyskoteki” (zwłaszcza, że odcień mi się spodobał). Tylko jak w takim otoczeniu pracować nad tekstem? Albo bym ziewała, albo myślała o zabawie. „Domowe zacisze” mogłoby z kolei rozleniwiać.

„Jesienna mgła” wpędziłaby mnie jeszcze w depresję (chociaż to odcień różu, więc może nie?). Z kolei „garść muszelek”, „morska przygoda”, „samba z cynamonem” i „powiew mięty” kierowałyby moje myśli w stronę wakacji i urlopów (a jak widać po moich tekstach, to i tak łatwo mi przychodzi). „Fashion week” mnie nie kręci, podobnie „rapsodia w lilaróż”. „Central park” nie brzmi bezpiecznie.

Przez chwilę wydawało mi się, że nie mam innego wyjścia, że muszę wybrać „miedziany amulet”, bo tylko to może zapewnić mi szczęście. Potem zobaczyłam „czarny” – tak, dobrze widzicie, prawdziwy czarny! – i pomyślałam, że jestem uratowana, bo wreszcie znalazłam konkret, bez fałszywych obietnic. Ale jednak czarny to nie szary.

Ostatecznie na moich ścianach wylądowało coś, co świetnie wygląda, ale przyprawia mnie o gęsią skórkę, ilekroć przypomnę sobie, jak się nazywa. W trosce o Wasze zdrowie, nie zdradzę, co wybrałam.

😉

Advertisements