Pocztówki z kresów przedwojennej Polski

pocztwki-z-kresw-przedwojennej-polski_169553

Kiedy zobaczyłam okładkę tej książki wśród nowości w bibliotece, od razu wiedziałam, co będę czytać wieczorem. Dobrze mi się skojarzyła – z „Pogodą ładną” Mikołaja Długosza, czyli wydanym przez ha!art zbiorem reprodukcji pocztówek z PRL-u i PWN-owskimi książkami o II RP, np. „Smakami Dwudziestolecia”, Mai Łozińskiej.

„Pocztówki z kresów…” Piotra Jacka Jamskiego są jednak zupełnie inne – to książka i do ogladania, jak „Pogoda”, i do czytania, jak „Smaki…”. Przypomina trochę podróżniczo-lifestylowy blog. Odkryłam „go” przypadkiem, Przeczytałam „o autorze”, czyli „Od redakcji” (w skrócie – treść listów i kartek pisanych z kilkuletniego pobytu służbowego na Kresach przez inżyniera kolejnictwa do córki, która została w Poznaniu.  Zilustrowana jest pocztówkami ze zbiorów Biblioteki Narodowej, NAC-u, PAN-u i Ośrodka Karta) i zdecydowałam, że zobaczę, co to za „blog” i czy warto go „zalajkować” i śledzić.

Zaczęłam od kategorii „Województwo Wileńskie” (teksty ułożono nie chronologicznie, a geograficznie). Spodobały mi się dość szczegółowy opis kolonii mieszkalnej dla urzędników (wygodne domki pomagały przyciągnąć kadry na prowincję), uwagi na temat wzoru krzyży upamiętniających poległych żołnierzy i wrażenia z ogórkowo-miodowej uczty. Dalej pojawiają się też, np. informacje o modzie damskiej. Miszmasz większy niż na „Wygodniej”. Wciągnęło mnie!

Przedwojenny „blogasek” pełen jest anegdotek i ciekawostek – np. o uczelni dla niedźwiedzi, którą założył w Smorgonie książę Radziwiłł. Część z nich jest pewnie bardziej interesująca dla nas, niż dla pierwotnej adresatki korespondencji. Bo czym niezwykłym mogła być wtedy wzmianka o lodowni, czyli bryłach lodu przechowywanych od zimy w trocinach w celach chłodniczych. Na blogu nie brakuje też humoru.

Z drugiej strony irytuje styl – inżynier ma ambicje literackie, a do tego córkę, którą stara się zainteresować i wychować na odległość. A może gdybyśmy czytali te „wpisy” tuż po ich „publikacji” na „blogu”, odbieralibyśmy je zupełnie inaczej? W końcu przez te kilkadziesiat lat język bardzo się zmienił. Tak na marginesie, dziwne że nie przyjęło się słowo „dublarz” (dzisiejszy dubbing), i nie przetrwał (a może to tylko powiedzonko inżyniera?) czasownik „pociągać” w znaczeniu jechać pociągiem.

Mimo języka chwilami miałam wrażenie, że to co opisał inżynier dzieje się „tu i teraz”, czyli w XXI wieku. Nie zmieniły się przecież ludzkie typy – „W stronę Grodna” to sceny jakby żywcem wyjęte z „Podróży za jeden uśmiech” Bahdaja. Nasz „bloger” to wykapany Poldek, a jego towarzysz – Duduś. Wiek się nie zgadza, ale to przecież te same osoby! Chociaż czy Duduś obraziłby się na określenie „panie bananie”? Jeśli tak, na pewno też potrafiłby się odszczeknąć, jak inżynier, dla którego rozmówca stał się po rzuceniu „obelgi” zwykłym „kejtrem” i „szczunem”.

Dzisiejsze miasteczka, a zwłaszcza kurorty, podobnie jak międzywojenny Borysław, też przypominają Amerykę z czasów gorączki złota – znowu dużo jest kontrastów. Wciąż prawdopodobnie brzmi historyjka żebraka, który zgromadził „sto tysiecy w gotówce i papierach wartościowych i nabył dom w Warszawie”. Znajome wydają się też opisy bałaganu architektonicznego w miejscowościach letniskowych. Nawet o dziwnych nazwach willi bloger z Poznania wspomniał przede mną!  Drobnej modyfikacji wymagałoby dziś może tylko zdanie „Jedno mnie tylko irytuje w tej mojej Riwierze, a mianowicie na plażach megafony ryczące jazzbandów murzyńskimi wrzaskami!”. To jednak szczegół.

Szczegółem, który mi się z kolei nie podoba na tym całym „blogu” są przypisy. Kto do diaska eksmituje przypisy na koniec książki? Nienawidzę tego. Zastanawiam się, czy ktokolwiek (poza mną) je wtedy czyta. A jeśli, to czy zniechęca się równie szybko jak ja – bo trzeba naprawdę dużej empatii, zeby zrozumieć, dlaczego redakcja uznała, że czytelnicy nie będa wiedzieli co to meczet, Browar Szopen (przypis o nim w dużym stopniu powtarza to, co napisał inżynier w liście), kim był Eugeniusz Kwiatkowski czy Koziołek Matołek. Szkoda, bo pewnie wielu czytelników zniechęci się tym i nie dotrze do ciekawszych informacji, ktore też mozna znaleźc w niektorych przypisach.

Naturalnie na „blogu” nie mogło zabraknąć odniesień do innych tuzów „blogosfery” – Haliny Korolec i jej męża. Znacie już ich „stronę”? Jeśli nie, to polecam! Podobnie jak listy inżyniera.

Advertisements