Wczasy w stylu „daj sobie wycisk”

Co przyciąga tłumy? Bilbordy, bary z głośną muzyką, palmy (mogą być sztuczne)... Przede wszystkim wygodny dojazd dla samochodów i tanie parkingi tuz przy plaży.

Co przyciąga tłumy? Bilbordy, bary z głośną muzyką, palmy (mogą być sztuczne)… Przede wszystkim wygodny dojazd dla samochodów i tanie parkingi tuz przy plaży.

czyli jak zorganizować sobie wczasy kondycyjno-odchudzające za połowę ceny.

Na wakacje miałam jechać srebrną strzałą, którą producent ochrzcił „cinquecento”. Niestety, odkąd stała się pełnoletnia, zaczęła się strasznie buntować przed wykorzystywaniem (moja krew!). Nad morze pojechałam więc PKS-em http://www.youtube.com/watch?v=VL1loMin2V8

Żeby nie słyszeć ciągłego pikania (nie myślcie sobie, autobus był nowoczesny, czyt. naszpikowany czujnikami, które mimo zabiegów kierowcy ciągle sygnalizowały a to niedomknięcie bagażników, a to inne nieprawidłowości) zaczęłam przeglądać prasę.

W „Wysokich Obcasach Extra” zaambarasował mnie artykuł pt. „Niezbędnik urlopowiczki”. „Zrób sobie urlop od kosmetyków na każdą okazję: daj skórze i włosom odetchnąć od makijażu, prostownicy i lakieru”. Łatwo napisać, trudniej wykonać, zwłaszcza jeśli tak, jak ja nigdy nie używało się ani prostownicy, ani lakieru do włosów! Okazało się, że jestem kompletnie nieprzygotowana do wakacji – nie zapakowałam nawet soli morskiej w spray, która umożliwia uzyskanie „surferskiego looku”.

Żeby nie stresować się dalej, przerzuciłam stronę i trafiłam na reklamę (choć bez oznaczenia, że to reklama) turnusów „daj sobie wycisk”. „To turnus dla tych, którzy chcą coś zmienić w codziennej rutynie, poruszać się, zrzucić parę kilo, ale nie wiedzą jak się do tego zabrać”. Hmmm – pomyślałam sobie – całe szczęście, że mój pracodawca nie wymaga przychodzenia do pracy w czasie urlopu i dzięki temu wiem, jak się oderwać od codziennej rutyny. Bo na zapłacenie 2900 zł za tygodniowy pobyt w tatrzańskim ośrodku „daj sobie wycisk” mnie nie stać (to oczywiście cena „od”).

Na tym skończyłam lekturę „WO Extra” i zabrałam się za przezabawny kryminał z komisarzem Kluftingerem w roli głównej. Mój wakacyjny los został już jednak naznaczony. Heh, gdybym w tamtym momencie wiedziała, że te wakacje upłyną pod hasłem „daj sobie wycisk”…!

Zaczęło się od ćwiczeń siłowych. To nieuniknione, kiedy walizki pakuje się pod kątem podróży samochodem i kiedy trzeba zabrać rzeczy na prawie trzytygodniowy pobyt pośrodku niczego.Ten rodzaj ćwiczeń był zresztą nieodłączny przez cały pobyt w miejscowości o bardzo wdzięcznej nazwie, której jednak nie podam, bo nie jest ona niestety w stanie pomieścić nawet połowy moich fanek i fanów. Powodem jest brak sklepu (nie licząc rybnego, w którym poza darami morza można kupić jeszcze olej, koncentrat pomidorowy, półlitrowe napoje gazowane i, przed południem, pieczywo, czyli gł. kajzerki po 60 gr za szt.). Oj tak, po kilku dniach pobytu w tym malowniczym miejscu zrozumiałam, dlaczego poseł Godson modlił się o zaopatrzenie…*

Zakupy można zrobić w pobliskiej miejscowości, do której można dojść zatłoczoną szosą bez pobocza, lasem lub brzegiem morza. Pierwsza opcja jest najszybsza (do najbliższego sklepiku to ponad godzina w jedną stronę). Nadaje się jednak wyłącznie dla prawdziwych twardzieli, którym niestraszne są rozpędzone samochody. Rozumiem, nie mogą zwolnić, przejeżdżając obok pieszych, bo ktoś zajmie im najlepsze miejsce na grajdół 😉

Dlatego postanowiłam oszczędzać nerwy i przerzucić się na chodzenie lasem. Wydawało mi się, że tak będzie wygodniej (a jak wiadomo to dla mnie najważniejsze). Zresztą cień drzew miał uchronić zimnolubne produkty wciśnięte do czarnego plecaka przed zbyt szybkim zepsuciem. Niestety. Okazało się, że w dzisiejszych trudnych czasach trudno uchronić kogokolwiek, a nawet cokolwiek, przed zepsuciem. Dzięki wytyczeniu w lesie sieci ścieżek nordic walking przejście tego kilkukilometrowego odcinka trwa wieczność (czyli zdecydowanie za długo dla białego sera i delikatnego pomidorka). Odchudzający efekt całodziennego spaceru przeraził mnie na tyle, że zdecydowałam się chodzić po zakupy plażą. W innym przypadku mogłabym nie być w stanie przytaszczyć zabranych na wczasy ubrań z powrotem do domu. Byłam zbyt zmęczona żeby dojść do wniosku, że nie byłyby mi wcale potrzebne za duże ciuchy i mogłabym je spokojnie zostawić.

Wszystkie ścieżki prowadza do szlaków nordic walking. Do mojej kwatery - żadna...

Wszystkie ścieżki prowadzą do szlaków nordic walking. Do mojej kwatery – żadna…

Spacery plażą też okazały się pożeraczami czasu i kalorii. Wycieczka w tej formie pochłaniała ok. 7 godzin. Upał zmuszał do przerw na kąpiel w morzu (trudno było wyjść z niego po półgodzinie, zresztą jak się nie zabrało specjalnego spreju polecanego w „WO Extra”, to trzeba inaczej dbać o surferski look…), a pobłyskujące w słońcu bursztyny –  do częstych skłonów. Przerażające tłumy (dzieci pokryte podejrzaną pianą, rodzice pokryci bąblami od słońca, czipsy pokryte piaskiem, piasek pokryty śmieciami, poliestrowymi kocykami z księżniczkami, końmi i „gołymi babami”…), które opanowały plażę w wiosce ze sklepami, zmuszały do sprintu po mokrym piasku (byle jak najszybciej się stamtąd wydostać!).

Po powrocie na kwaterę szybkie pichcenie (żeby wystawione przed chwilą na ciężką próbę wiktuały się nie popsuły) i znowu bieg nad morze po orzeźwienie i kicz, od którego uzależniła nas popkultura. W końcu nie ma wakacji bez romantycznych zachodów słońca. Wieczorem jeszcze tylko przepierka (czy bałtyckie glony, które oblepiają kostium kąpielowy to to samo, co wykwintne algi morskie w drogim kremie?) i już można się szykować na atrakcje następnego dnia.

Wśród atrakcji nie może oczywiście zabraknąć wycieczek. Można się na nie wybrać PKS-em lub autostopem. Do tego pierwszego potrzeba szczęścia, czasu (autobusy jeżdżą dość rzadko, spóźniają się a potem wloką niemiłosiernie) i pieniędzy (bilety są koszmarnie drogie, nawet w porównaniu do cen warszawskich). Do tego drugiego potrzeba szczęścia, czasu i… pieniędzy, jeśli straci się cierpliwość i wiarę w człowieka i zdecyduje w końcu na podróż PKS-em. Za to jest przygoda. Można się przejechać maluchem, którego właściciel – mieszka na tych „piastowskich” ziemiach od 1949 roku i wszystko o nich wie – wybrał się po zakupy (rzeczywiście cały tył jest zapchany papierem toaletowym). Można też nieziemsko się rozczarować, kiedy zatrzymujący się samochód (w środku tylko dwie osoby), nie ma zamiaru cię zabierać. Kierowca chciał tylko zapytać o drogę (mimo, że ta jest prosta i nie ma żadnych odgałęzień).

Na wycieczce znowu odchudzanie (nie, no, 4,50 za Zappa Algidy!? 10 zł za kilogram śliwek!? Złotówkę za ogórka małosolnego na straganie!?). To ostatnie oburzało mnie najbardziej, bo w jednym ze sklepików na uboczu Krynicy Morskiej małosolniaka dostałam za darmo, bo jak powiedziała sprzedawczyni, dla 5 groszy (tyle wyszło), nie opłaca jej się kasy otwierać. To był jednak wyjątek. Zazwyczaj nawet po przejściu całego kurortu nie udawało się znaleźć sklepu z normalnymi cenami. Jeszcze lepiej na spalanie kalorii działał wszechobecny stres i hałas. Dzieci wrzeszczące na rodziców, rodzice na dzieci i siebie nawzajem. Największemu wrogowi nie życzy się takiego wypoczynku.

Z drugiej strony wiele się można było nauczyć. Na przykład, jak w 3 minuty zafundować dziecku niechęć do wody na całe życie. Oto instruktaż z plaży w Piaskach: mamusia dosłownie ciągneła kilkulatkę w stronę wody. Dzieciak wrzeszczał, wyrywał się, wierzgał obsypując mijane ręczniki piachem. Matka też wrzeszczała. Do córki – „uspokój się, nienormalna jesteś jakaś, czy co!” – Do męża chyba – „no weź ją! No chodź tu! Masz ją wziąć do wody!” – Mąż, czy nie mąż – „sama sobie ją bierz, jak chcesz! Ja nie zamierzam, wiesz, że nienawidzę wody!” – Pani – no przestań, przecież ja się boję wody! No chodź tu, ja tam w życiu nie wejdę! Aaaaa! To lód! Zimno!” – matka i córka razem, bo minimalnie dosięgła je większa fala. – „No weź ją, ja oszaleję!” – matka – „no przecież ona musi się nauczyć pływać!” Itp. itd. W końcu dziecko się wyrwało i pobiegło pod wydmy. Rodzice kłócili się dalej, tyle że już później bardziej o to kto się bardziej stara, żeby wychować dziecko. Szczegółów nie znam, bo weszłam do wody i „zlało” mi się kilka pobliskich kłótni.

Chyba wielu Polaków to specjaliści od organizacji wczasów w stylu „daj sobie wycisk”.

wyjscie

* „Kuchnię Polską” z posłem Godsonem obejrzałam dzięki Igorowi od Morświna. Gdyby nie on nie byłoby więc pełnego zrozumienia dla wagi zaopatrzenia.

Advertisements