Ciekawostki o wakacjach w PRL-u. Część 2.

Koniec lat 60. Zdjęcie z domowego archiwum.

Koniec lat 60. Zdjęcie z domowego archiwum.

Dziś druga porcja ciekawostek o wypoczynku letnim w latach 40. i 50.

1. Kolonie letnie – w początkowym okresie PRL na koloniach nie zawsze można było się lenić. Według wytycznych Ministerstwa Oświaty z 1949 roku, dzieci w wieku przedszkolnym (one też były wysyłane na kolonie) mogły pracować 20 godzin tygodniowo, starsze 40 lub 50, a te powyżej 15 lat nawet 60!

Jak wyglądał transport na kolonie? Zdarzało się, że dzieci wieziono do miejscowości letniskowych wagonami towarowymi bez ławek.

Na miejscu, podobnie jak w ośrodkach FWP, brakowało podstawowego wyposażenia. Z domu trzeba było czasem przywozić nawet sienniki. Jedno łóżko lub prycza bywało dzielone przez kilka osób. Nic dziwnego, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w 1950 roku, kiedy dla samych kolonistów potrzebne było 140 tysięcy łóżek, szczyt możliwości produkcyjnych całego polskiego przemysłu wynosił 8 tysięcy łóżek miesięcznie.

Jeszcze większym problemem był stan niektórych miejsc wypoczynku dzieci. Kontrole określały go jako antysanitarny. Jak zapisano w jednym ze sprawozdań, przytoczonych przez Dariusza Jarosza, to „chlew nie kolonia”. Często było po prostu niebezpiecznie. Cuchnące doły kloaczne bywały tak głębokie, że „groziły niebezpieczeństwem zatonięcia”. W latach 1948-1955 co rok na koloniach ginęło kilka, kilkanaście osób. W rekordowym roku 1948, śmiertelnym wypadkom uległo aż 33 kolonistów.

Czy wszystko było złe? Na szczęście nie – źródła dowodzą, że na kolonie trafiały w pierwszej kolejności rzeczywiście najbardziej potrzebujące i zaniedbane dzieci. Większość była niedożywiona, miała wszawicę. Zdarzały się i inne choroby zakaźne, takie jak choroba Heine-Medina.

Żeby ograniczyć rozprzestrzenianie się epidemii w 1951 roku wprowadzono ograniczenia dotyczące wyjazdów dzieci. Większość mogła wypoczywać wyłącznie na terenie swojego powiatu lub województwa. W późniejszych latach wprowadzono wyjątki dla najliczniejszych województw, np. dzieci z Warszawy mogły wyjeżdżać też w poznańskie, szczecińskie, zielonogórskie i krakowskie. Zasady nie obowiązywały tylko większych zakładów pracy, które dysponowały własnymi ośrodkami kolonijnymi. Z reguły w ośrodkach wypoczynkowych dużych fabryk warunki były znacznie lepsze niż te w domach FWP.

2. Obozy studenckie – tu panował porządek: nawet jeśli coś było nie tak, potrafiono szybko zapanować nad sytuacją. Przykład ze sprawozdania z 1951 roku, przytoczonego przez Dariusza Jarosza, w książce  „Masy pracujące przede wszystkim” – „grupa ta (studenci z Uniwersytetu jagiellońskiego, Szkoły Artystycznej w Łodzi i AGH) próbowała wyłamać się z obowiązującego w obozie regulaminu oraz narzucić bikiniarski styl zabawy na […] wieczorach świetlicowych. Na jednym z wieczorów […] członkowie tej grupy zostali ośmieszeni przez cały aktyw […] po czym wszelkie próby wyodrębnienia się tej grupy ustały.”

3. Wczasy wagonowe – w przeciwieństwie do większości wczasów robotniczych – przeznaczone były dla całych kolejarskich rodzin. Uruchomiono je w 1949 roku. Cieszyły się dużym powodzeniem mimo, że warunki były tam dość prymitywne. Jak pisze Dariusz Jarosz: „w sprawozdawczości ZZK można odnaleźć uwagi, że odnośnie pomieszczenia w wagonach […] winno być ono pomalowane trwale, gdyż co roku bieli się samym wapnem, które odpada na ubrania i do jedzenia.” Były i inne problemy. Wszystko wynagradzała
jednak lokalizacja takich ośrodków. Kto widział rzędy wagonów mieszkalnych w pięknym borze na Helu, wie o czym mówię. Na wypoczynek w tym miejscu wciąż jest wielu chętnych. Przekonuję się o tym każdego dnia odkąd opublikowałam na blogu materiał otagowany „wczasy wagonowe”. Wielu czytelników trafia na „Wygodniej” właśnie po wpisaniu w gugla takiego hasła.

4. Wyjazdy zagraniczne – były zarezerwowane dla wybranych. Jeszcze w 1969 roku istniały 74 stawki opłaty paszportowej. Wysokość opłaty zależała od statusu zawodowego, typu wyjazdu i instytucji wysyłającej. Przepisy w tym zakresie były bardzo skomplikowane.

Na zakończenie historyjka z hepiendem: „poza niezbędną koniecznością udawania się do łazienek zdrojowych i na posiłki, nie opuszczaliśmy pokoju, który znajdował się na parterze przy drzwiach frontowych. […].” – Poświęcenie wczasowiczów, których zacytował Paweł Jarosz niewiele pomogło. Z pokoju skradziono drogie palto. Milicjant, który badał sprawę stwierdził „obecność wytrychów” u personelu, z kierownikiem „podośrodka” na czele. Palto się nie odnalazło. Gdzie ten hepiend, pytacie?
Poszkodowanym wypłacono pieniądze na „zakup niezbędnej garderoby zabezpieczającej powrót do miejsca zamieszkania”. Pewnie nie wszyscy mieli tyle szczęścia, ale jak widać, nawet na wymagających wakacjach w trudnych latach 40. czasem się ono trafiało.

Jeszcze więcej o wypoczynku w PRL?

Advertisements