„Wynajęcie”

To jedno z bardziej strawnych wnętrz do wynajęcia prezentowanych w książce.

To jedno z bardziej „strawnych” wnętrz do wynajęcia pokazanych w książce.

to książka, którą powinno się sprezentować każdemu, kto wynajmuje innym mieszkanie. Dlaczego? Kto jeszcze powinien po nią sięgnąć?Odpowiedź na pierwsze pytanie znają pewnie wszyscy ci, którzy kiedykolwiek mieli „przyjemność” szukania mieszkania do wynajęcia w Polsce. Internet pełen jest ogłoszeń ze zdjęciami paskudnie lub kuriozalnie urządzonych mieszkań.

Jestem w stanie zrozumieć, że ludzie urządzają mieszkanie, które przeznaczają na wynajem zgodnie ze swoim gustem, nawet jeśli jest on, delikatnie mówiąc, specyficzny. Neutralny wystrój byłby pewnie do przyjęcia dla większej ilości potencjalnych nabywców, ale może właściciele chcą wynająć lokum komuś, kto jest do nich podobny? W końcu nie brakuje ludzi, którzy zachwycają się plastikową lub terakotową imitacją marmuru zestawioną z ciemnymi, drewnopodobnymi okleinami mebli i ciężkimi czerwonymi zasłonami.

Co jest jednak powodem uwieczniania na zdjęciach reklamujących mieszkania do wynajęcia bałaganu w postaci, np. starych kartonów, wsuniętych niechlujnie pod stół, zwiniętych w kłębek elementów garderoby czy rozgrzebanej pościeli? Czy w ten sposób właściciel chcą przyciągnąć osoby, które mają awersje do porządku? Dać do zrozumienia: nie przeszkadza mi, że nie będziesz sprzątał. Nawet jeśli przez to coś się zniszczy, nie będę miał pretensji i nie potracę ci z kaucji?

Nie mogę też zrozumieć, dlaczego większość właścicieli traktuje zbieraninę starych gratów, każdy z innej parafii, jako ultracenne rodowe dziedzictwo i nie chce ich usunąć z mieszkania, żeby lokator mógł wstawić swoje meble.

Zazdroszczę właścicielom pewności siebie – mi nie przyszłoby do głowy, że można mieć magazyn na swoje rzeczy, nie tylko za niego nie płacąc, ale jeszcze na nim zarabiając. Sporo jest przecież ludzi, którzy za ciężkie pieniądze wynajmują pokoje pełne szaf i szafek, zastrzegając, że lokator może używać tylko części, bo w pozostałych trzymają swoje graty.

Podobnie jak Marek Krajewski, którego tekst znalazł się w „Wynajęciu” mam wrażenie, że oferowane na polskim rynku lokale sprawiają często wrażenie ogromnego pawlacza, wypełnionego tym co już nie nadaje się do użytku, ale czego szkoda się pozbyć. Denerwuje mnie zagracenie mieszkań na wynajem, które sprawia, że są nie tylko brzydkie, ale i niefunkcjonalne.

Nie chcę żyć cudzym życiem. A czym innym są ustawione na regałach pamiątki z nad morza i puchary za zajęcie XIII miejsca w zawodach wędkarskich? Nie chcę też, żeby właściciel mieszkania żył moim życiem – przychodził do wynajmowanego lokalu, odbierał moje listy. Z „Wynajęcia” wynika, że niestety jest to dość powszechną praktyką.

Przede wszystkim jednak, jak większość ludzi, potrzebuję chociaż minimalnej stabilizacji. Lubię przygody, ale nie chciałabym raczej przeżyć opisanej przez Filipa Schmidta: „z trzeciego, samodzielnie wynajmowanego pokoju właściciel wyrzucili ich po tym, jak należący do pary pies przedostał się przez prowizorycznie zaklejoną dziurę miedzy pokojami (sic!) i niemal w całości pożarł należące do właścicieli bambosze”. Przypomina to trochę absurdalne teksty Igora od Morświna.

Jak widzicie, książkę dobrze się czyta. Wprawdzie po lekturze pozostaje niesmak a autorka na stronie tytułowej ostrzega, że publikacja zawiera niedobre zdjęcia, niemniej warto po nią sięgnąć. A już na pewno powinni to zrobić politycy, którzy decydują o tym, czy państwo powinno inwestować w mieszkania dla osób, które nie mogą sobie pozwolić na kredyt hipoteczny.

„Wynajęcie”, Natalia Fiedorczuk, Narodowe Centrum Kultury i Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2012, 36 zł

Interesuje Cię ten temat? Przeczytaj:

„Wystrój i umeblowanie pensjonatów”

Ogłoszenia „zachęcające” do wynajmu kwatery

Advertisements