Po co komu podwórko?

plac zabaw

Koleżanka mieszka w ekskluzywnym apartamentowcu. Z jej okna widać 2 place zabaw. Są przedzielone wysokim metalowym ogrodzeniem. Tylko jeden z nich jest dostępny dla jej dzieci. Drugi należy już do innego osiedla. Dzieci płaczą – chcą iść na druga stronę. – Nie możesz poprosić kogoś, żeby was tam wpuścił? – pytam – O, to nie takie proste, nic nie rozumiesz! – słyszę.

To prawda. Nie rozumiem dlaczego tak jest. Dlaczego zamożni ludzie fundują dzieciom wygrodzone, sterylne „spacerniaki”? Dlaczego zawężają im możliwości, blokują poznawanie innych miejsc i ludzi? Dlaczego nawet w takiej „klatce” dzieci muszą być non-stop nadzorowane przez mamy, babcie i nianie? Całe szczęście, że nie mam warunków (mieszkania, stałego etatu itp.) na rodzenie dzieci. Jakie byłoby ich życie bez doświadczeń i wspomnień z podwórka?

Bo co można robić na nowym, wymuskanym placu zabaw, pod stałym nadzorem opiekunów? Huśtać się, zjeżdżać ze zjeżdżalni? I to pewnie bez „podbitki” i innych bajerów. Wspinać na bezpieczne konstrukcje i spadać z nich na gumową wykładzinę? Jaki wspaniały, bezpieczny i ładny koszmar nudy! A może dla dzisiejszych dzieci to nie problem, tylko normalność? Może im niepotrzebne rozwijanie kreatywności, bo wszystko dostaną gotowe?

Po co miałyby szukać różnokolorowych odłamków cegieł po wszystkich okolicznych budowach, skoro wszędzie można dziś kupić kolorową kredę? Zresztą ani guma na placu zabaw, ani kostka bauma czy granit na osiedlowych alejkach nie nadają się za bardzo do tego, żeby na nich rysować.

Po co miałyby budować domki czy bazy policyjne w podwórkowych krzakach, skoro w apartamentach każdy ma plastikową mini-kuchnię i inne cuda-niewidy? Zresztą niskie iglaki porastające dachy garaży i tak się nie nadają do zabawy.

Po co miałyby po kryjomu chodzić na inne podwórka, np. do starych kamienic? Po co miałyby uczyć się dogadywać z dziećmi stamtąd? Przecież to patologia, z którą nigdy w życiu nie będą miały do czynienia. No bo jak – w prywatnym przedszkolu, szkole, na uczelni czy kierowniczym stanowisku?

Po co miałyby uczyć się poruszać po okolicy, poznawać niebezpieczne ulice, skróty między domami itp.? Przecież i tak zawsze wszędzie będą dowożone samochodem.

Po co miałyby tworzyć „widoczki” z płatków kwiatów, szkiełek i innych „skarbów” w podwórkowej ziemi, skoro mają w domu zestawy „kreatywne” do tworzenia obrazków z gotowych elementów filcu czy koralików.

Po co zbierać mirabelki na kompot, skoro niania i tak tego kompotu nie ugotuje? Zresztą co to w ogóle jest kompot? Jest soczek, napój, ale kompot?

Po co miałyby uczyć się gwałtownego wyhamowywania roweru Reksio na mokrym piachu, albo skakania po schodach w pożyczonych od koleżanki, o 3 rozmiary za dużych, wrotkach z plastikowymi kółkami? Po co łazić po drzewach i budować sobie na nich kwatery, skoro są ścianki wspinaczkowe, za które rodzice mogą zapłacić, żeby poprawić sobie samopoczucie – w końcu robią wszystko, żeby wspomóc rozwój dziecka? Gdyby nie oni mogłoby się zdarzyć, że dziecko – nie daj Boże – rozwinęłoby się samo!

Reklamy