Języki obce dla leniwych

języki

Ale dobrze mówisz po…? Chyba lubisz się uczyć języków obcych?Taaaak ? – odpowiadam zazwyczaj na takie pytanie. Ale to nie do końca prawda.

Bo przede wszystkim lubię znać języki obce. Kiedy miałam do wyboru uczyć się chemii czy języka, bez wahania wybierałam to drugie. Miałam frajdę, kiedy zaczynałam coraz więcej rozumieć. Ale raczej nie wtedy, kiedy musiałam powtórzyć słówka na kartkówkę, czy usiąść przy biurku (nie lubię tego!) i wypełnić jakieś ćwiczenia.

Najczęściej wcale mi się nie chciało. Tłumaczyłam swojemu wewnętrznemu leniowi, że to tylko pół godzinki, wcale nie takie nieprzyjemne, ale nie zawsze dawał się przekonać. Więc jak to się stało, że jestem dziś w stanie dogadać się nie tylko po polsku? Dzięki następującym metodom:

1. Maksymalna koncentracja
Jak już coś robić to na całego! Na pogaduszki, obserwacje ścian i sytuacji za oknem poświęcałam lekcje różnych przedmiotów, ale raczej nie języków. Na nich naprawdę uważałam. Starałam się ich nie opuszczać, nie spóźniać się. Dzięki temu praktycznie nie musiałam/ nie muszę powtarzać niczego w domu. Duży plus, bo nienawidzę powtarzać – chętnie czytam o czymś nowym. Z wielkim bólem przeczytam coś, np. listę słówek, po raz drugi. Natomiast trzeci raz już nie potrafię. Tak mnie to męczy i nudzi, że natychmiast się wyłączam.

2. Bezbolesne metody
Uwielbiam czytać książki i ich słuchać. Zawsze więc polowałam na obcojęzyczne audiobooki (od najprostszych książeczek dla dzieci, kiedy zaczynałam naukę, do nowości ulubionych autorów). Na poziomie początkującym najlepsze efekty daje u mnie słuchanie i czytanie jednocześnie – wtedy zapamiętuję i brzmienie, i pisownię całych wyrażeń. Polecam!

3. „Zabijanie” czasu językiem obcym
Np. w kolejce do kasy w sklepie czytam obcojęzyczne wersje etykiet, a w autobusach regulaminy i przestrogi dla pasażerów. Kiedyś używałam też fiszek, ale to nie najlepszy sposób dla leniwych – trzeba je zrobić albo kupić, nosić przy sobie (wypychają kieszenie) i w ogóle dużo z nimi zachodu. Zresztą powtarzanie słówek czy wyrażeń z karteczek to mało rozrywkowa metoda.

4. Tandem językowy
Namiastka wyjazdu za granicę – czyli dwugodzinna „kawa” z obcokrajowcem. Godzina rozmowy w Twoim języku, godzina w jego. Co lubię w tej metodzie? Bezpośredni kontakt z językiem, wpływ na tematy. Zazwyczaj jest miło i przyjemnie (chyba że partner dopiero zaczyna przygodę z polskim, wtedy może to oznaczać mękę, zwłaszcza kiedy polską gramatykę znasz tylko w praktyce i na każde pytanie „dlaczego?” będziesz odpowiadał „bo tak!”). Czego nie lubię w tandemach? Często używam znanych mi już słów, idę na łatwiznę, bo ważniejsze niż nauka języka staje się tempo dyskusji. Więc w praktyce u mnie była to najczęściej raczej metoda utrwalania niż nauki nowego. Za to moi znajomi robili na tandemie niespodziewane postępy. Kolega z akademika, Niemiec, który wybierał się na Erasmusa do Warszawy, po roku tandemu z jakąś Polką, chciał nam się pochwalić czego się nauczył. No i rzeczywiście. W znajomości śląskiego nie sięgaliśmy mu do pięt.

5. Wyjazd za granicę
To jest to! Stypendia, stypendia i jeszcze raz stypendia. Idealne dla studentów. Za granicą korzystanie ze wszystkich wyżej wymienionych metod jest prostsze i tańsze. Chcąc nie chcąc, człowiek chłonie język. Tęsknię za studiami i pracą w Niemczech. Jedyne, co było tam trudniejsze, to nauka innych języków niż niemiecki. Co znaczy to słowo? – pytałam lektorkę. – „To i to” – aha, a co znaczy „to i to”, bo też nie znam? – Skutkiem ubocznym jest u mnie dodatkowo niemiecki akcent we francuskim i szwedzkim. „Na szczęście” teraz praktycznie nie mam kiedy, jak i do kogo mówić w tych językach, więc akcent pewnie straciłam automatycznie.

6. Obcojęzyczni rodzice, partnerzy, współlokatorzy
Wydaje się, że to najlepsze co może spotkać lenia. Co do pierwszego i drugiego nie mam doświadczeń. Trafiali mi się jednak zagraniczni współlokatorzy. Wprawdzie na co dzień bezboleśnie uczyłam się języka, ale ponieważ byli oni albo większymi leniami ode mnie, albo ekstremalnymi pedantami, traciliśmy sporo energii na regulowanie kwestii porządkowo-kuchennych. „Mój” leń nie był z tego specjalnie zadowolony. Coś za coś.

Coś za coś
No właśnie. Ileż się muszę namęczyć, żeby się nie przemęczyć! Łatwo mi się uczyć z oryginalnych książek i audiobooków. Ale za to ile się muszę natrudzić, żeby znaleźć odpowiedni zestaw (ten sam tytuł na papierze i płycie). O tym ile kosztują takie cuda w polskich księgarniach nawet nie piszę. Oczywiście w bibliotekach i mediatekach, z których korzystam, audiobooków w obcych językach nie uświadczysz. Inny przykład? Wykorzystuję kurs w 100%, a przez to omijają mnie czasem jakieś fajne wyjścia (zawsze wypadają wtedy, kiedy lekcja), a nawet wyjazdy. Taki to los lenia.

A jakie Ty masz metody?

Advertisements