Wernisaż – instrukcja obsługi

otwarcie

Specjalnie dla Was poszłam wczoraj na wernisaż Cztery razy Świat*. Podziękujecie mi potem, a teraz zobaczcie „jak to się je”.

Wernisaż odbył się w Muzeum Narodowym w Warszawie wczoraj o 19. Ok. godz. 17, dowiedziałam się jednak o targach bezglutenowych w Blue City i postanowiłam zaliczyć obie imprezy.

Zaczęłam od utknięcia w korku w Al. Jerozolimskich. Kiedy przed 18 „wylądowałam” na targach, serwowali tam właśnie darmową, bezglutenową zupę rybną. Jak mogłam nie skorzystać, skoro do wypłaty jeszcze kilka dni? Skorzystałam. Potem obeszłam stoiska
i skorzystałam jeszcze z kolejnych degustacji i atrakcyjnych rabatów na horrendalnie drogie bezglutenowe żarcie. Kiedy upychałam zakupy do kolosalnej reklamówki, Robert Sowa ogłosił, że zaprasza na drugie danie. Wprawdzie do wernisażu zostało marne pół godziny, ale cóż robić – powiedziało się A (zupka), trzeba powiedzieć i B (łosoś).

Do Muzeum Narodowego weszłam ok. 19:05. Tłum czekał na otwarcie w hallu głównym, na galerii i przy szatni. Spojrzałam na kolejkę, na swoje „torbiszcze” i oceniłam, że z nim raczej nie mam co pchać się do środka. Do tego samego wniosku musiała chyba dojść miła pani szatniarka. Dała mi bowiem rezerwowy, tekturowy numerek i uwolniła od ciężaru.

Wernisaż rozpoczął się dokładnie wtedy, kiedy wciskałam się do hallu głównego. Nie straciłam więc ani jednego słowa (chyba, że wcześniej były jakieś uwagi porządkowe). O dziwo, pod koniec powitania skonstatowałam, że stoję już nie w wejściu, ale całkiem blisko miejsc siedzących i dzięki temu doskonale widzę „osoby dramatu”. Cóż, widocznie nie doceniłam siły napierającego tłumu.

Kiedy po części oficjalnej zaproszono nas do oglądania wystawy, okazało się, że rację miał ten, kto powiedział, że ostatni będą pierwszymi. Mniej więcej do 20:30 tłum był bowiem tak wielki, że trudno było cokolwiek zobaczyć (nie licząc głów, kapelusików, ramek okularów itp.). Poza tym własne myśli zagłuszały wysublimowane komentarze zwiedzających (w życiu nie wymyśliłabym tylu interpretacji jednego zdjęcia i nie zdołałabym wpleść w jedno zdanie tylu fachowych wyrażeń i nazwisk znawców). Dopiero wieczorkiem, kiedy przewaliły się największe i najbardziej wyrobione tłumy, można było w miarę swobodnie przyjrzeć się dziełom Sławnego, Jarochowskiego, Prażucha i Kosidowskiego. A na dobre „przetrawienie” sztuki napić się darmowego wina.

Ok godz. 21 tłum się rozrzedził.

Ok godz. 21 tłum się rozrzedził.

A tu obiecana krótka instrukcja obsługi wernisaży:

  • nie spiesz się – słowa wstępnego nie musisz oglądać. Przy dzisiejszej technice usłyszysz je nawet z szatni. Kiedy przeczekasz tłumy, komfortowo obejrzysz wszystko, co chciałeś zobaczyć.
  • nie pchaj się po wino – nie oszukujmy się – mało kto jest w stanie wypić drugi kieliszek takiego specjału, w końcu więc kelner sam do Ciebie podejdzie, a wtedy będziesz mógł zająć najlepsze miejsce. W Muzeum Narodowym polecam kanapę przy sklepiku na piętrze.
  • przyjdź na wernisaż prosto z zakupów – tego dnia wszystkim zależy, żeby nie (w)puścić Cię z torbami (przecież wyjątkowo wstęp jest wolny). Zatem nawet jak zabraknie numerków, pani w szatni wyczaruje dla Ciebie „rezerwowy”. Poza tym, nie mając już przy sobie żadnych pieniędzy na pewno nie ulegniesz pokusie nabycia w muzealnym sklepie książki, plakatu czy boskiej ćmielowskiej figurki.

* O samej wystawie następnym razem razem

Reklamy