Rodzice, którzy nienawidzą swoich dzieci

dzieło rodziców, którzy nienawidzą swoich dzieci

Rodzice uczniów pruszkowskiej szkoły chcą, żeby ich pociechy brnęły w błocie, chodziły przez kałuże i przewracały się na lodzie. Skąd to wiem?

Tak się składa, że dzielę część drogi do stacji PKP z uczniami jednej z pruszkowskich szkół. Tylko częściowo jest ona pokryta asfaltem. Po jej przejściu, latem – moje nogi są czarne od pyłu, jesienią i wiosną – ubłocone i mokre. Zimą wychodzę 5 minut wcześniej, żeby nie wywalić się na wielkim lodowisku, w które zazwyczaj zamienia się ścieżka.

Dziwię się też, że jeszcze nie wygrałam w totka. Przecież wieść gminna głosi, że wdepnięcie w psią kupę przynosi szczęście. Wytłumaczenie jest jedno – wygrywają gimnazjaliści. Oni chodzą grupkami i gadają zamiast patrzeć pod nogi, więc pewnie mają więcej szczęścia.

Skąd błocko, pył i lodowisko? Przede wszystkim dzięki rodzicom! To oni, przyjeżdżając na zebranie, odwożąc, czy odbierając swoje pociechy, muszą zaparkować tuż pod bramą (czyli na środku nieutwardzonej ścieżki), a nie kilkadziesiąt metrów dalej na ogólnodostępnym parkingu. Robią tak zwłaszcza posiadacze wypasionych terenówek. Inni pewnie boją się, że potem nie wyjadą.

Biednych gimnazjalistów nie lubią nie tylko rodzice, ale i okoliczni mieszkańcy. „Niczyja” działka przed szkołą jest najpopularniejszym w okolicy wybiegiem i salonem fryzjerskim dla psów. Nie da się zrobić kroku, żeby nie wdepnąć. Wszędzie kłębią się też kępki starannie wyczesanych kłaków.

Jak tu się dziwić młodym, że nie odpowiadają sąsiadom na „dzień dobry” i wolą siedzieć w Internecie, niż przy rodzinnej kolacji!?

Advertisements