We wsi Warszawa

Masz dość pracy w korporacji i wielkomiejskiego życia? Chcesz to wszystko rzucić i kupić stuletni dom, albo zrujnowany pałac na końcu świata, własnoręcznie go odrestaurować
i w nim zamieszkać? W takim razie, rozważ koniecznie przeprowadzkę do warszawskiego Śródmieścia! Dlaczego? Już mówię.

Mniej więcej rok temu pożyczyłam książkę Anny Kamińskiej „Miastowi. Slow food i aronia losu”. Opowiada o życiu ludzi, którzy przenieśli się z miasta, nawet nie na wieś, ale na kompletne odludzie. Pracę w korporacji i mieszkanie w bloku zamienili na życie w zgodzie z naturą w drewnianej chatce czy starym dworku.

Była to pierwsza książka, którą przeczytałam po przeprowadzce z podwarszawskiej wielkiej płyty do starego budownictwa przy jednej z głównych ulic stolicy. Moja migracja miała więc kierunek przeciwny, niż bohaterów książki. Mimo to, miałam wrażenie, że czytam o sobie.

W „Miastowych” dużo jest opowieści o trudach pierwszej zimy. Przyzwyczajeni do centralnego ogrzewania, zamarzali w pomieszczeniach, których mimo wysiłków nie udało się ogrzać, paląc w piecu. Myli się w zimnej wodzie. I do upadłego remontowali swoje nowe domy i restaurowali zniszczone meble.

Nam krótko po przeprowadzce powysiadały junkersy podgrzewające wodę. Oszczędności starczyło jedynie na naprawę tego w łazience. Gdyby nie syberyjskie temperatury panujące w mieszkaniu (działały 2 z 3 pieców kaflowych, a palenie w nich było utrudnione ze względu na pustki w portfelu i częste nieobecności w domu) nie narzekałabym na mycie w zimnej wodzie. Kiedy ręce grabiały, mniej dokuczały zadrapania i odciski, których nabawiłam się podczas renowacji mebli.

Oczywiście, moje życie w centrum różniło się trochę od wiedzionego przez bohaterów „Miastowych”. Ja nie restaurowałam antyków, tylko kupione w Internecie, albo znalezione w piwnicy, meble z lat 50. Nie miałam też podwórka, na które mogłabym wystawić rzeczy śmierdzące świeżą farbą olejną, albo nasączone płynem, który miał umożliwić łatwe zdjęcie 10 warstw starej farby (nie wierzcie w te zapewnienia producenta!). Przede wszystkim jednak, w przeciwieństwie do „Miastowych” nie zrezygnowałam z etatu. Mogłam się więc przynajmniej ogrzać siedząc w biurze.

Reasumując: jeśli chcesz mieć ciastko i zjeść ciastko, zapomnij o przenosinach na wieś. Przeprowadź się do centrum. W pewnym sensie to też pustynia, przynajmniej handlowa – nie licząc banków i lumpeksów oczywiście. Nawet Biedronka zrezygnowała
z otwarcia sklepu w okolicy. A to chyba o czymś świadczy!
Ja, mimo wszystko, tęsknię za tym lokum.

Reklamy