Najgorszy pomysł na niedzielę

Wystawa Mewy Łunkiewicz-Rogoyskiej i sklep Bialconu przy Solidarności

Nie ma to jak niedzielna wycieczka! Wczorajsza zapowiadała się wyjątkowo ciekawie. Już dawno planowaliśmy wybrać się do warszawskiego Instytutu Awangardy, przy Solidarności 64. Kiedy więc pod koniec października przeczytałam w „Co jest grane”, że można tam teraz zobaczyć obrazy Mewy, zdecydowałam, że niedzielne popołudnie to doskonały moment na, długo odkładaną, wizytę w dawnej pracowni Stażewskiego.

Przed wyjściem z domu, szybko zapytałam wujka Gugla, co, gdzie, kiedy. Wyskoczyła znana mi już notka z cjg. Spojrzałam na ilustrujący ją szkic do obrazu „Zawody pływackie”, nabrałam jeszcze większego apetytu na wystawę. Spisałam dokładny adres. Dla pewności chciałam też zerknąć na godziny otwarcia. W notce „CJG” ich nie podano, więc optymistycznie założyłam, że najpewniej brak informacji oznacza, że wystawa czynna jest w standardowych godzinach muzealnych.

Żeby zdążyć na pociąg, wyłączyłam komputer i pobiegłam. Teoretycznie mogłam jechać do Warszawy następnym, ale wymyśliłam, że – jak to mówią wyspiarze – zabiję dwa ptaszki jednym kamieniem i przy okazji zwiedzę mieszczący się w sąsiednim bloku sklep Bialconu, do czego też przymierzałam się od jakiegoś czasu. Sprawdziłam nawet wcześniej (na stronie internetowej firmy), że o dziwo, czynny jest też w niedzielę, od 12 do 16.

Kiedy pociąg przyjechał punktualnie pomyślałam z zadowoleniem, że los mi sprzyja. Gdy o 15 pocałowałam klamkę sklepu, który, według strony internetowej firmy, miał być czynny jeszcze przez godzinę, mina mi trochę zrzedła. Tylko trochę, bo przecież, tak naprawdę, najbardziej zależało mi na obrazach Mewy Łunkiewicz-Rogoyskiej, które miałam za chwilę zobaczyć. Miałam, ale nie zobaczyłam. Pozłorzeczyłam kulturalnie na firmy i instytucje, którym nie zależy na klientach i klientkach. Następnie, okrzyknęłam niedzielę dniem zamkniętych drzwi i żeby nie tracić czasu zajęłam się czym innym. Czym? O tym już
w następnym tekście.

Advertisements