Prawdziwych lumpeksów już nie ma…

Wszystko się zmienia, a ja się chyba starzeję. Dlaczego? Coraz mniej podobają mi się niektóre nowinki. Weźmy na warsztat lumpeksy.

Kiedyś dominowały „grzebane”, teraz „wieszakowe”. Wprawdzie przerzucanie ton ciuchów wymagało nie lada krzepy i wytrwałości, ale wygrzebanie fajnej rzeczy z dna kosza dawało większą satysfakcję niż zdjęcie z wieszaka.

Nie mówiąc już o cenach! Gdyby kiedyś, ktoś powiedział mi, że będę wychodzić
z second-handu, bo za drogo, nie uwierzyłabym. A teraz? Przecież nie zapłacę ponad 70 zł za kilogram!

Buntuję się też wobec konieczności płacenia za reklamówkę w lumpie. Toż to rozbój
w biały dzień! Żeby cena zwykłej, plastikowej torby wynosiła 10 % ceny pięknego, ręcznie robionego, jedwabnego krawata! Nie mówiąc już o ekologii! Nowe reklamówki nie pasują do lumpeksu. Doprawdy nie rozumiem dlaczego, nawet w moim ulubionym pruszkowskim lumpeksie, zniknęły używane torebki foliowe? Miały same zalety – bezpłatne, w rożnych rozmiarach, ekologiczne, bo już i tak trafiły do obiegu i do tego i do tego ciekawe. Większość pochodziła chyba z worków z ubraniami, więc dominowały wśród nich zagraniczne. Lubiłam porównywać stylistykę reklam znanych sieci handlowych
i zgadywać co znaczą hasła. A że nie zawsze były „pierwszej czystości”? Nic to. Przecież ciuchy i tak najpierw trafiają do pralki.

Reklamy