Jak zniechęcić bezrobotnego do szukania legalnej pracy?

Będąc zarejestrowanym jako osoba bezrobotna nie można pracować. Niby logiczne.
W końcu jeśli ktoś pracuje, nie jest bezrobotny. W teorii wszystko jest proste. W praktyce, niestety nie.

Rejestracja

W zeszłym roku życie zmusiło mnie do odwiedzenia PUP-u (Powiatowego Urzędu Pracy). Pierwsze podejście do rejestracji mi się nie udało. Wprawdzie tabliczka na drzwiach informowała, że rejestracja odbywa się do 13:30, ale okazało się, że o 13:00 maszynka przestaje wydawać numerki. Panie „rejestratorki” odmówiły przyjęcia bez numerka, mimo że akurat nikogo nie obsługiwały. Usłyszałam, że takie są zasady oraz, że i tak nie udałoby się mnie zarejestrować w 20 minut, przed 13:30. Na szczęście, następnego dnia niemal bezproblemowo zarejestrowałam się w niecały kwadrans.

Formularz rejestracyjny

Zupełnie bez sensu podyskutowałam tylko z panią urzędniczką na temat mojej znajomości języków obcych. Według formularza rejestracyjnego język można bowiem znać biegle, albo słabo. A ja, jak głupia, uparłam się, że owszem jeden język znam biegle, ale drugi dobrze – na poziomie B2, a trzeci na A2.

Znaczy wpisujemy słabo – zawyrokowała pani.

Ale ja nie znam ich słabo. – odparłam.

No to przecież proponowałam, żeby biegle! – pani zaczęła się niecierpliwić.

Kiedy ja ich nie znam, ani biegle, ani słabo.

Wpisuję biegle! – pani podjęła za mnie decyzję. – W końcu, co to dla pani za różnica!

Wizyta u doradcy zawodowego, czyli „Przepuśćcie, bo się spóźnię do pracy!”

Następnie dostałam karteczkę z dość odległym terminem wizyty u doradcy zawodowego. Zapytałam, czy dałoby się wcześniej. Gdyby pani miała prawo do zasiłku, byłoby szybciej, ale tak, to niestety – usłyszałam. W wyznaczonym dniu przyszłam do urzędu. Zastałam tłumek czekający do tego samego pokoju, co ja. Ktoś głośno prosił: ludzie miejcie litość, przecież ja do roboty muszę, wywalą mnie, jak nie przepuścicie! Zamilkł, kiedy inny odpowiedział: a pan myślisz, że my to, co? Nie musimy? Mnie szef dał godzinkę i jak się spóźnię, to też będę miał!

Wreszcie się doczekałam. Weszłam do pokoju jednocześnie z zapracowanym panem. Oboje usłyszeliśmy, że możemy sobie przejrzeć zeszyt z ofertami. Oboje grzecznie odmówiliśmy, bo te same oferty są wywieszone na korytarzu. Doradca zajrzał do mojej teczki, pokiwał głową i zaczął: no co ja pani mogę zaproponować, ciężko jest. Może staż jakiś? Tylko na razie nie ma środków, więc musiałaby się pani dowiadywać, bo nie wiadomo, czy i kiedy mogą być. No i ewentualnie, pieniądze na firmę, ale to też nie teraz. Spyta pani na wszelki wypadek w pokoju X. Szkolenia? Tak, tu jest formularz, proszę, można wypełnić. Tylko tak szczerze, to pani nie ma za bardzo szans, bo są punkty m.in. za długotrwałe bezrobocie, brak wykształcenia. Grzecznie podziękowałam.

Śmieciowa umowa czy bezrobocie?

Tydzień później dostałam drobne zlecenie – umowa o dzieło, groszowy zarobek. Zgodnie z zasadami, które podpisałam przy rejestracji, musiałam się z tego powodu wyrejestrować. Wypełnić i zanieść do urzędu odpowiedni formularz. Kosztowało mnie to ponad dwie godziny. Popracowałam dwa dni i znowu stałam się bezrobotna. Musiałam iść do lekarza, ale umowa o dzieło nie dała mi ubezpieczenia. Wyjście – ponowna rejestracja w PUP-ie. Czas, który mogłabym poświęcić na szukanie zajęcia, odstałam w kolejce do okienka. Po paru dniach w skrzynce znalazłam awizo. Urząd listem poleconym informował mnie, że się wyrejestrowałam, żeby móc legalnie pracować (umowa o dzieło – praca na dwa dni!). Ponieważ trafiło mi się jeszcze kilka drobnych zleceń, a chciałam być praworządna, przećwiczyłam wszystko jeszcze parę razy. W końcu sama znalazłam sobie etat.

Aktywność i praca się nie opłaca

Za każdym razem, kiedy stałam w urzędowej kolejce, albo odbierałam polecony z PUP-u, wściekałam się bardziej. Miałam poczucie, że moje szukanie pracy, aktywność i starania, żeby zarobić choćby kilkadziesiąt złotych, są urzędowi bardzo nie na rękę. Gdybym, jak wielu innych, „przykładnych bezrobotnych”, pracowała na czarno, albo leżała cały dzień przed telewizorem, zaoszczędziłabym wysiłku i im, i sobie. Po jakimś czasie, trafiłabym do grupy szczególnie poszkodowanej i państwo wpakowałoby ciężkie pieniądze w moje zasiłki, a może nawet w kurs bukieciarstwa. System daje do zrozumienia: wysiłek ci się nie opłaci. Co z tego że zarobisz parę groszy? Połowa pójdzie na podatek, połowa na bilet miesięczny, ubranie, sprzęt do pracy. Nabiegasz się. Doprawdy, czy jednak nie lepiej zostać na bezrobociu?

Czy nie można wprowadzić zasady, że dopóki miesięczne dochody z umów cywilno-prawnych nie przekroczą wyznaczonego limitu, np. 500 zł, wystarczy poinformować urząd za pomocą, choćby poczty elektronicznej, bez konieczności wyrejestrowania się? Ludzie nie rezygnowaliby wtedy z potencjalnej pracy z obawy przed utratą, wątpliwych ale zawsze, przywilejów przysługujących w naszym kraju bezrobotnym. A urzędnicy zamiast tworzyć i wysyłać bezsensowne listy polecone, mogliby się zająć, tymi, którym zależy na poprawie swojej sytuacji.

Reklamy