Polska w odwrocie

Sieciowe supermarkety zdominowały handlowy krajobraz małych miasteczek.

Sentyment do wiejskich i małomiejskich sklepów odziedziczyłam po babci. Kiedy jako kilku-, kilkunastolatka buszowałam w jej szafie, słyszałam: czerwoną sukienkę kupiłam
w Modzie Polskiej w Słupsku, wełniane getry są z Buska, a filcowy kapelusz z Koszalina. Babciny kisiel jadałam wyłącznie w ulubionej kompotierce, nabytej w Szklarskiej Porębie,
a na stole obowiązkowo musiał leżeć obrus z Jeleniej Góry. Rzeczy kupione we Wrocławiu i w Warszawie były jakoś w cieniu.

Sama też na najciekawsze przedmioty trafiałam w Siedlcach czy Helu. Zabawna biało-czerwona szczoteczka do paznokci i czerwono-biało-zielony garnek emaliowany w kwiatki to moje ostatnie łupy. Obie rzeczy wyprodukowane oczywiście w Polsce. Dlatego też wybierając się w Bieszczady po cichu liczyłam, że i tym razem przywiozę coś, co stanie się ładną i praktyczną pamiątką z Baligrodu.

Nie miałam dużo czasu na zakupy. Jak się okazało, i tak było to bez znaczenia. Spory supermarket (chyba jakaś lokalna sieć) zdominował lokalny handel. Małe sklepiki świeciły pustkami. Zabolało mnie serce i poczułam, że muszę coś kupić. Wprawdzie nie łudziłam się, że dzięki temu sklepy nagle znowu staną się żyłą złota dla właścicieli, ale jak to mówią ziarnko do ziarnka itd.

Pojawił się jednak problem. Nie chciałam taniej chińszczyzny (zdecydowanie króluje
w działach innych niż spożywcze), produkty sero- i wędlinopodobne w spożywczych to też nie moja bajka. Z zakupów w lumpeksie zrezygnowałam, bo uznałam że ten,
z tłumkiem stałych klientek, jakoś sobie poradzi. W końcu zdecydowałam się na baterię napojów: kefirów z Sanoka (pyszne i tańsze niż w sieciówce!), wody i na uroczy błękitny garnuszek made in Poland.

Na razie jednak nic w nim nie ugotowałam. Jak tylko na niego patrzę, przypomina mi się sytuacja w Baligrodzie i z obiadu nici.

Advertisements