Mały PRL

Dlaczego w polskich marketach nie da się kupić tego, co w niemieckich,
a w dod
atku często jest drożej?

Narzekamy na wielkie koncerny. Wyzyskują pracowników, niszczą drobny polski biznes. Sztaby PR-owców w propagandowych, drukowanych na papierze kredowym, kolorowych gazetkach przekonują nas oczywiście, że to nieprawda, że wręcz przeciwnie. W końcu, kto funduje chińskie plecaki dzieciom kasjerek, kto organizuje dla nich bale karnawałowe
i kolonie nad jeziorem?

Prawie jak za komuny. W zasadzie, mnie to nie dziwi. Skoro tylu Polaków tęskni za PRL-em, a klient (podobno, zgodnie z wartościami wytłuszczonymi na stronie internetowej również pracownik) nasz Pan, koncerny odpowiadają na zapotrzebowanie.

Żeby przybliżyć PRL, tym którzy go nie pamiętają, mają genialną strategię. Nie ograniczają się do marnej płacy uzupełnionej socjalem na otarcie łez. Specjalnie dla tych, którzy chcą poczuć, jak to było kiedy nie można było kupić tego, na co się ma ochotę, mają ofertę polegającą na braku oferty. Chcesz kupić proszek taki jak w Niemczech? Brak. Chcesz kupić krem taki jak w Niemczech? Brak. Smakołyk bezglutenowy? Brak! Są za to produkty zastępcze – erzace. No i kolejki do kas.

Jest też efekt uboczny. Jaki? Koncerny wspierają drobny, polski biznes. Proszki niedostępne w marketach w każdej chwili można nabyć w budkach i na straganach pod szyldem „chemia niemiecka”. Za paskarską cenę, oczywiście. Ale czy gdyby polska pani domu nie wydała na proszek paru dyszek, też uważałaby że tak świetnie pierze? W końcu jakość musi kosztować.

Co jeśli „prywaciarz” nie ma wszystkiego, co chcielibyśmy kupić? Zawsze można skoczyć za Odrę i przywieźć sobie upragnioną niewoskowaną nić dentystyczną Oral B, czy absolutnie bezkonkurencyjne bezglutenowe, orzechowe musli Alnavitu. Przy okazji dać zarobić PKP i wielu innym. Albo obejść się smakiem. Jak to podobno w PRL-u bywało.

Reklamy