Parkingi dla rowerów na osiedlach

Spadł pierwszy śnieg. Chwycił nawet mróz. Krótko mówiąc, doskonały moment, żeby zająć się parkingami rowerowymi, a w zasadzie ich brakiem.

Jak wiecie, jestem wygodnicka. Dlatego właśnie praktycznie podczas każdego dłuższego pobytu w Niemczech przesiadałam się na rower. Był dla mnie podstawowym środkiem komunikacji.

W Polsce moje wygodnictwo decyduje jednak o tym, że na rower wsiadam od wielkiego dzwonu, a na co dzień poruszam się pieszo, autobusem, samochodem, tramwajem, pociągiem czy metrem.

Dlaczego? Przez brak ścieżek rowerowych w Warszawie i okolicach? Może i tak, ale główny powód jest inny. Nie chce mi się kilka razy dziennie wnosić/znosić roweru
ani z mieszkania (blok bez windy), ani z mozołem wydobywać i taszczyć z piwnicy.
Nie chce mi się go też co i rusz czyścić.

W Niemczech też zdarzało mi się mieszkać w wielkiej płycie bez wind. Na rowerze jeździłam dzięki genialnemu wynalazkowi – umiejscowionym przy bloku zamykanym lub nie, ale zawsze zadaszonym parkingom rowerowym (dachu nie mają oczywiście miejsca dla rowerów przed kamieniczkami w śródmieściu, czy na starówce).

Dlaczego przy polskich blokach brakuje takich wiat? Założę się, że gdyby tylko były, wiele osób przesiadłoby się z auta czy autobusu na rower. Nie musiałyby dźwigać roweru, uważać żeby się przy tym nie pobrudzić, odpadłby problem mokrych od deszczu czy śniegu siodełek. Ja bym się nie wahała.

Widzę tylko dwa problemy: co zrobić, żeby wiaty były nie tylko wygodne, ale i estetyczne oraz, przede wszystkim ,co zrobić, żeby przekonać spółdzielnie, wspólnoty i gminy do ich budowy? Kto wie, może jednak uda się przed kolejnym sezonem rowerowym? W końcu dopiero spadł pierwszy śnieg!

Reklamy