Nie dla chińszczyzny! Tak dla lumpeksów i „polszczyzny”!

Podziwiam minimalistów, którzy są w stanie ograniczyć się do posiadania 100 przedmiotów. Jeszcze bardziej podziwiam tych, którzy nawet nie muszą się ograniczać. Po prostu więcej nie potrzebują. Ja niestety lubię ładne i/lub ciekawe rzeczy. I niestety, je kupuję.

Pocieszam się, że nie jestem typową, konsumpcjonistką, przez którą cierpią biedne azjatyckie dzieci. Ok., raz na 3-4-5 tygodni idę do outletu, albo nawet zwykłego centrum handlowego. Sprawdzam metki – kraj produkcji, materiał i cenę. I jeśli nie jestem akurat bardzo zdeterminowana, żeby nabyć coś konkretnego (w stylu: ciepłe i wygodne buty, nieprzemakalna kurtka) i w dodatku cena tego czegoś nie została pokaźnie obniżona, uciekam do jednego z kilku ulubionych lumpeksów. Z powodów finansowych i ideowych.

W lumpeksach znacznie łatwiej znaleźć ciuch wyprodukowany w Polsce. A nawet jeśli pochodzi z Chin, kupując go, czuję się automatycznie rozgrzeszona. W końcu dla tych biednych dzieci, już i tak za późno, skoro ktoś rzecz wcześniej nabył. Nie mówiąc o tym, że zaopatrując się w lumpeksach odraczam moment ogłoszenia bankructwa. No i mam fajne ubrania i satysfakcję z polowania.

Reklamy